Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Instytucje


Perfekcyjna podmianka słoiczków – śmiech do „Kwadratu”
 Teresa Lipowska i Ewa Kasprzyk w \"Pefect Day\" -Teatr Kwadrat
Teresa Lipowska i Ewa Kasprzyk w "Pefect Day" -Teatr Kwadrat
Perfect Day... „Bo w taki dzień jak ten sprawiasz, że chce mi się żyć...” – wyznawał (w popularnej w latach 90. ubiegłego już wieku piosence) jej autor, amerykański rockman Lewis Allen Reed. „Perfect Day” to również napisana przez Szkotkę Liz Lochhead romantycza komedia, która już w roku jej pojawienia się (1998) obwołana została hitem teatralnego Festiwalu w Edynburgu, by potem przetoczyć się przez sceny europejskie, zawitać do Brazylii. Po premierze polskiej, od roku z dużym okładem oglądamy ją w warszawskim „Kwadracie”.
Barbs Marshall (po czterdziestce, nie singielka, ale w długotrwałej separacji) ma dobrze prosperującą firmę kosmetyczną, pełne ręce roboty, własną telewizyjną audycję o urodzie, kilkoro przyjaciół, dość oryginalną matkę Sadie, poprawne relacje ze swoim „byłym” Dave'm. Czegóż chcieć więcej? Barbs chce spektakularnych zmian. Przerobiła już „wszystko, włącznie z dietą ud i bioder”, a ciągle jest taka sama. Ma przelotne – mimo prób finalizacji – tête à tête (w tym romantyczny walentynkowy weekend w Paryżu) i bardziej lub mniej udane romansiki. Brak jej jednak czegoś/kogoś bliskiego, naprawdę jedynie swojego. I Barbs dochodzi do wniosku, że dobrze byłoby wreszcie mieć dziecko. Maksyma „chcieć – to móc” w przypadku Barbs jakoś się nie sprawdza, o czym w swym przytulnym mieszkanku, w trakcie babskiego gadu-gadu na żywo rozprawia z przyjaciółką Alece. Osądzani przez obie panie, bez zbytecznej litości, ewentualni kandydaci na tatusiów albo ulatniali się jak kamfora, albo odpadali w przedbiegach. Cóż zatem począć, by począć?.. Pozostaje cień szansy („zawsze jest ten ostatni raz, chociaż, w przeciwieństwie do pierwszego, człowiek nie wie kiedy...”). Nie daje spodziewanych efektów swoista i usilna pomoc, okazana przez życzliwego kumpla, homoseksualistę Brandana, na niczym spełza podjęcie próby „ostatniego razu” z byłym ślubnym, aż trafia się (młodszy o lat piętnaście) przystojniak Graham Steel Jimmy...
Kalejdoskop trwających kilkanaście miesięcy (ilustrowanych muzycznymi przebojami) wydarzeń z życia Barbs i związanych z nią postaci przybiera tempo zawrotne („po wczorajszym wieczorze – konstatuje Barbs – czuję się starsza niż moja matka”) i nie mniej zawrotne konsekwencje.
Zasługująca – en bloc – na szóstkę szóstka aktorów raczy „kwadratowych” widzów daniem przyrządzonym sprawnie, smacznym, gdzie trzeba odrobinę lirycznym, gdzie trzeba pieprznym, a co w konsumpcji nie bez znaczenia – podawanym ładnie. Zgrabnie i szybko, z osadzonymi we właściwych punktach i sekundach pointami (kąśliwy bon mot „lody wam wystygną” to przykład pierwszy z brzegu). Nie schodząca ze sceny Ewa Kasprzyk jako Barbs Marshall gra na tyle przekonująco, że w jej apartamenciku widz może się poczuć niekrępującym współdomownikiem, świadkiem babsko-babskich rozmów i babsko-niebabskich zdarzeń – bynajmniej nie niemym, co potwierdzają żywiołowe reakcje publiki. Ewa Ziętek jest, ciągle apetyczną, Alece Inglis, przyjaciółeczką od serca, co to niby roztargniona (młodzi rzekliby: przymulona), ale swoje wie i w odpowiednich momentach przebudza się, by chlasnąć filozoficzną a głęboką refleksją („dziecko nie wyleczy cię z samotności ", "macierzyństwo to ciężka praca”). Jeśli ktoś kojarzy posiadaczkę fenomenalnego aktorskiego instynktu i umiejętności Teresę Lipowską jedynie z rolą babci Basi w telewizyjnym tasiemcu „M jak miłość”, to w „Kwadracie” (gdzie jest matką Barbs) czeka nań solenne rozczarowanie – in plus, ma się rozumieć. Bo inaczej aktorka ta rozczarowywać nie potrafi. Gra wówczas nawet, kiedy zdawałoby się, iż grać nie musi, pozwalając sobie na chwilę bezdechu. Ale wytarczy ujrzeć kątem oka twarz, odwróconej plecami, Lipowskiej w oddalonym lustrze, by przekonać się, że nie ma dla niej na scenicznej przestrzeni taryfy ulgowej. Tak żywiołowej, w kwiecie wieku, matki Barbs, wykreowanej przez panią Teresę, tylko pozazdrościć. W tym kontekście nawet niespodziewane odejście Sadie w zaświaty trąci… jakimś ukrytym dowcipem (podobnym do wynajęcia córce na urodziny seksownego chip’n dalesa). Spośród męskiego aktorskiego zestawu mały minus przyznałbym Andrzejowi Grabarczykowi (Dave), sugerując, by „ubogacił” swą postać okruchami większej żywiołowości, inaczej trudno uwierzyć w bujną rockową przeszłość partnera Barbs, zdolnego do uwodzenia blondynek i pań z pozostałymi kolorami włosów. Rewelacyjny w każdym calu jawi się słodziutki Brandan Boyle – Marcin Kwaśny, z wprawą prestidigitatora fechtujący słowem i plastycznym gestem, w jaki wyposaża dobrego, opiekuńczego, delikatnego i wrażliwego koleżkę Barbs. No, po prostu (proszę nie posądzać autora tekstu o podteksty!) powiem – miodzio! Niewykluczone, iż część piękniejszej połowy widowni pędzi do „Kwadratu”– na „Małacha”. Paweł Małaszyński istotnie godzien jest w „Perfect Day” obejrzenia. Buzującą w jego Jimmim ekspresję i z trudem hamowane instynkta aktor oddaje z takim zaangażowaniem, że nawet po opadnięciu kurtyny, przy brawach, nie otrząsa się z balastu emocji i zachowuje oblicze ze skazą grymasu. W każdym razie udowadnia, że jest młodzieńcem nie tylko przystojnym, ale i zdolnym (w „Perfect…” do wszystkiego!), co dobrze rokuje na zaś.

Barbs zdarza się w końcu „Perfect Day”. Skąd w tytule recenzji słoiczek, nie zdradzę... Lubiącym śmiechoterapię radzę natomiast odwiedzić scenę przy Czackiego, gdzie rozbawieni widzowie, nie mogąc doczekać się w galopadzie dialogowych ripost „oczywistych oczywistości”, radośnie (z jakąż dogłębną znajomością życia!) podrzucają głównej bohaterce kwestie, które za chwilę wypowie sama. Cieszą się przy tym, że trafili w środek tarczy, a teatr oferuje im to, co lubią najbardziej – radość z wygranej!
Wprawdzie, przeglądając wiszący nad kasą repertuar listopada i grudnia spostrzegamy, że na „Perfect Day”– bilety w całości wyprzedano, ale łaknąca dobrej zabawy publika, nie zważając na brak „aktualnej możliwości zabiletowania”, staje (niczym przyklejona zniewalającym uśmiechem kasjerki) w ogonku, z nadzieją na wejściówki, aby podczas spektaklu szczelnie obklejać podłogę w pobliżu sceny. Komu zaś na podłodze twardo, winien się pospieszyć z rezerwacją na zbliżający się, w perspektywie nie tak znów odległej, Nowy Rok 2009, który – czego przedwstępnie życzę – oby wypełniły nam wszystkim same... cudowne dni!

Krzysztof Rozner

„Perfect Day”, Teatr Kwadrat, premiera w marcu 2007,