Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery
Gruszka dojrzewa w „Lipcu” – porażająco i... wybornie
 Karolina Gruszka w spektaklu Iwana Wyrypajewa \"Lipiec\"
Karolina Gruszka w spektaklu Iwana Wyrypajewa "Lipiec"
Karkołomne. Tak wypadałoby określić zadanie, jakie przed aktorką Gruszką postawił autor i reżyser Wyrypajew. Nie dlatego, że obsadził ją w monodramie, w którym, jak sam powiada – nie ma nic do grania. I nie dlatego, że kobieta uosabiać ma tam, delikatnie mówiąc, zwichniętego na umyśle mężczyznę zmagającego się z kosmicznym chaosem w nim samym i w bezpośrednio, niczym łajno, oblepiającym go świecie. Ale dlatego, że tekst wiejskiego psychola-paranoika-kanibala (jakiekolwiek przyczyny do takiego stanu go przywiodły) ma jedynie wypowiedzieć. [Wyrypajewowska uwaga wstępna: na scenę wychodzi kobieta; wychodzi tylko po to, żeby wypowiedzieć ten tekst.] Ma posłużyć twórcy jako narzędzie. Instrument. I okazuje się Gruszka dla stworzonej przez Wyrypajewa „partytury”, gęsto naszpikowanej makabrą i rosyjskim (błogim dla uszu rdzennego Rosjanina, a i Słowianina – matem) instrumentem perfekcyjnym. Niezawodnym (niedowiarki niech sprawdzają!). O brzmieniu – tak, brzmieniu, gdyż autorski zapis wybrzmiewa niczym pulsująca muzycznymi frazami, miejscami upiorna spowiedź anty-bohatera – a więc instrumentem o brzmieniu niezwykłym. Instrumentem, na dodatek, od którego (podobnie jak w użytym jako przerywnik przeboju – Can't take my eyes off you...) oczy oderwać trudno...
Wykorzystując niekwestionowany urok Gruszki i jej warsztatową sprawność w posługiwaniu się, ściślej operowaniu dźwiękową materią mowy, Wyrypajew łapie nas na haczyk. Dokonuje na nas, nie inaczej – operacji... Dzięki naszpikowaniu tej okrutnej w wydźwięku, ale poetyckiej w formie relacji melodyką, łatwiej przełykamy antybohaterskie wyczyny anty-bohatera. Porwani przez Gruszkę w melorecytację, w rewiry patetycznych, przerywanych ściszonym „słownym murmurando” zaśpiewów, intonacyjnych galopad i równie nieoczekiwanych przyhamowań i pauz – nie odrzucamy schizofrenicznych anty–bohaterskich wynurzeń, co więcej – wciągnięci w ich wir – słuchamy oniemiali. Niekiedy reagując krótkim, za chwilę zagadkowym dla nas samych, stłumionym śmiechem. Nie akceptujemy anty-bohatera, ale go i nie potępiamy. I tu (przewrotny?) Wyrypajew ma nas w garści. Gotowych – Gruszkowemu – anty-bohaterowi przyzwolić, by czynił, co tam sobie jeszcze umyśli. A przychodzą mu do targanego prostą filozofią łba podszepty iście szatańskie. Zadźgać – gwoli swoiście pojmowanej sprawiedliwości – irytującego obojętnością sąsiada, poszatkować – gwoli przyczynienia świętości – cerkiewnego batiuszkę (na swoje szczęście zdążyła się zdematerializować i ocaleć obrzydła, beznosa baba!), sprzątnąć – gwoli wygody – podmostowego kloszarda, zeżreć – gwoli walki z absurdem ludowych przysłów – bezdomnego psa, wchłonąć – gwoli miłości jednoczącej ciała – atrybuty uczuć wyższych, czyli serce i dłoń „Żanny z jego dzieciństwa M”. Przy czym – co konieczne podkreślenia – nurzając się w zafundowanej przez Wyrypajewa „Lipcowej” estetyce krwistego mięsa i kolorystyce ekstrementno-fekaliowej, jako aktorka Gruszka – per saldo – wychodzi na czysto. Nie jest przecież anty-bohaterem. Ani go gra, ani odgrywa. Mówi tylko jego tekst... („brzmienie na pierwszym miejscu”; „ważniejsze jak, a nie co”; forma jest sensem” – oto deklarowana przez autora przedpremierowo ”Lipcowa” wyrypajewszczyzna!). Ufam, iż pozostając profesjonalistką, potrafi Gruszka zrzucić z siebie rolę i jej bagaż zaraz po zejściu ze sceny... Widz, o ile wrażliwy – uprzedzam – będzie miał trudniej...
„Lipiec” (osobne brawa dla tłumaczki – Agnieszki Lubomiry Piotrowskiej!) z jego anty-bohaterem jawi się jako współczesna anty-bylina, anty-pritcza, tj. rzecz o trudnym do pojęcia i objaśnienia zjawisku, okolicznościach, jako niewyjaśniona do koniuszka baśń. I jest „Lipiec” taką – mroczną a wciągającą – baśnią o duszy ludzkiej. Duszy do cna ubrudzonej, pragnącej oczyszczenia. Dla obeznanych z rosyjską kulturą i literaturą Wyrypajew pobrzmiewa i Dostojewskim (najbardziej pasują tu schwytany w sieć obłędu Iwan Karamazow i filozofujący, poraniony losem Smierdiakow), jak i Jerofiejewem (z nietrzeźwiejącym Wienieczką, w pociągu z Moskwy do realnych, a przecież mitycznych, utopijnych Pietuszek). Wariactwo – zda się ustami Gruszki sugerować Wyrypajew – to nie choroba. To raczej stan ducha, którego prędzej czy później doświadczamy wszyscy. Jeśli tylko demony wyobraźni i złośliwe biesy naszego drugiego ja uzmysłowią nam kuszącą konieczność zakwestionowania nużącego w dotychczasowym swym kształcie świata.
Śniony w przytomności naszej „Lipcowy” sen wariata – prostaczka skrzyżowanego z Hannibalem Lecterem, jego opowieść odrealniona, a przez pryzmat owego odrealnienia – wbrew pozorom – wystarczająco rzeczywista, ocierająca się zarazem o sen-jawę, ma smak... gruszki. Karoliny Gruszki. Trzymam za nią kciuki. By mogła spełnić się i dojrzewać jeszcze w innych, poza „Lipcem”, teatralnych „miesiącach”, w innych, poza Wyrypajewowym, „reżyserskich sadach”. By spijała miód z przyszłych owoców swego aktorskiego trudu, pamiętając – za wyrypajewowską konkluzją, że ...w lipcu miodu – nie ma... Chociaż nektar na miód pracowite pszczółki w lipcu właśnie zbierają. Trzymam kciuki za Gruszkę, o której David Lynch (wystąpiła w 2006 roku w jego „Inland Empire”) powiedział, że zdolna jest do zagrania wszystkiego. Że zdolna, wierzę. Oby tylko zdolności było jej dane spożytkować. W pełni i wszechstronnie.
Zderzenie kruchej postury i delikatnej urody aktorki z gigantycznym, pojemnym jak wielopudowy wór, monologiem pokiereszowanego psychicznie biedaczyny bożego (usiłującego po swojemu „konsumować” rzeczywistość-nierzeczywistość) przynosi efekt wstrząsający na tyle, że po wyjściu z teatru od doznań i emocji otrząsamy się dłużej niż zazwyczaj. Z paromiesięczną przerwą, oglądałem „Lipiec” dwukrotnie. I za każdym razem udało się Gruszce wbić w recenzencką łepetynę pytania niebłahe: – Czy, zanim drzemiące w nas zło dopadnie już, zawładnie i otumani, z góry skazani jesteśmy „na pożarcie” i samounicestwienie? Czy, aby dotrzeć do trzewi duszy, nieodzowne jest ubabranie się, powalanie, złachmanienie, ześcierwienie? Czy droga do sedna samoświadomości musi wieść jedynie przez ciemny las?... I co staje się z dobrem, w które nas – jakże niedoskonale – jakaś siła wyższa (?), stwórca (?) rzekomo wyposaża?

Krzysztof Rozner


Iwan Wyrypajew, „Lipiec”, Teatr Na Woli, Warszawa
premiera 9 października 2009

Multimedia