Przejdź do menu głównego | Przejdź do treści | Przejdź do wyboru wielkości czcionki | Przejdź do mapy strony | Przejdź do osób | Przejdź do wiadomości | Przejdź do wydarzeń | Przejdź do instytucji | Przejdź do wyszukiwarki wydarzeń |

Miasto Stołeczne Warszawa

Dziesiątki miejsc na poranne spacery

Instytucje


„Zazdrość” o mężczyznę przechodniego zagrana przez tercet babski
 Katarzyna Taracińska-Badura i Anna Kózka
Katarzyna Taracińska-Badura i Anna Kózka
„Uznanie związku małżeńskiego za nierozerwalny to prowokacja do zbrodni” (Napoleon Bonaparte). Niewykluczone, że – by od zbrodni uciec – małżeńskie więzy zrywa, dla współmałżonki niespodziewanie i nagle, niejaki Laszlo (nieobecny na scenie cieleśnie, ale de facto główny bohater czy spiritus movens babskiej komedii – z partyturą na kobiece trio). Laszlo to jedyna postać męska (widoczna tylko z ekranu) w „Zazdrości” wystawionej przez warszawski Teatr Capitol, popularnej sztuce Esther Vilar (jako „Zazdrość na trzy faksy” prezentowanej w 2001 r. w reż. Krystyny Jandy w TVP, rok wcześniej zaś w warszawskim Teatrze Nowym). Dlaczego zażywny pięćdziesięcioparolatek Laszlo po latach opuszcza połowicę? „Ze wszystkich rzeczy wiecznych miłość jest tą, która trwa najkrócej” (Molier) – to jeden z możliwych powodów, ale przyczyną może być i to, że „Każdy mężczyzna po czterdziestce jest łajdakiem” (Georg Bernard Shaw). Niejakim wytłumaczeniem dla Laszlo mogłaby być myśl złota: „Złe kobiety są nie do zniesienia, dobre – nudne” (Oskar Wilde). Dlaczego Laszlo pozostawał w związku z poślubioną Helen aż tak długo? „Przeciętny mężczyzna bardziej interesuje się kobietą , która interesuje się nim, niż kobietą która ma piękne nogi” (Marlena Dietrich). Do czasu jednak, do czasu... W windzie apartamentowca natyka się Laszlo na atrakcyjną, (z nogami do szyi) mieszkającą na ostatnim piętrze, panią architekt, a że „Siłą kobiet są słabostki mężczyzn” (Wolter), ulega Laszlo wdziękom (znacznie młodszej od Helen) Yany i przeprowadza się do niej (parę pięter powyżej Helen). Na kilka miesięcy ledwie. Potem ląduje Laszlo u młodziutkiej studentki hinduistyki, buddystki i wegetarianki Irys. Skacze po piętrach apartamentowca jak nienasycony pasikonik. Jest bowiem Laszlo typem mężczyzny przechodniego – przechodzi nie tyle może z rąk do rąk (z objęć w objęcia? z łóżka – przez łoże – do materaca), co z jednego kobiecego „stanu posiadania” w inny kobiecy „posiadania stan”. W swojej komedii Vilar czyni zeń nie podmiot, ile „przedmiot” zabiegów bohaterek. Tak, tak... zabiegów, pertraktacji, targowań, przeciągań liny i struny, słownych potyczek, ciosów, sztychów i pchnięć – panie zapalczywie prowadzą ze sobą intensywną, emocjonalną korespondencję, z zastosowaniem stylów klasycznych i „wolnej amerykanki”. Z pełnymi egzaltacji inwokacjami: „Szanowna...”, „Droga...”, „Miła...”, „Najdroższa...”. I z inwektywami (tu zmilczę). Przyznają się i wyznają, jak na spowiedzi, czym potwierdzają tylko, że „Żadna kobieta nie powiedziała nigdy całej prawdy o swoim życiu” (Isadora Duncan). Kłamią? Kłamią! Widz nie wini ich jednak za to, gdyż „Kobiety kłamią z takim wdziękiem, że w niczym nie jest im tak do twarzy jak z kłamstwem” (Georg Gordon Byron). Tak trwa ten „trójmecz” do pewnego momentu, o którym mawiał Sacha Guitry: „Dwie kobiety zawsze się w końcu porozumieją kosztem trzeciej”. W ostatecznej rozgrywce – z koalicją Helen i Yany – o Laszlo (mającego branie jak dorsz poza okresem ochronnym) buddystka Iris podaje tyły, kwitując swą klęskę soczystym, mało niewieścim, oświadczeniem...
Spektakl „Zazdrości” w Capitolu (reżyseria Moniki Powalisz) nabiera właściwego tempa jak długodystansowiec, nie od razu. Na początku – nie powala. Bardziej niecierpliwych pierwsze minuty zdołają nawet znużyć niczym powrót do lektury historycznych powieści Kraszewskiego. Na szczęście, po „pierwszym okrążeniu” jest coraz lepiej, artystki energicznie ”biorą wiraże”, „wychodzą na proste”, starają się – na przemian – wyprzedzać o pierś. Momentami współpracują w scenicznej sztafecie znakomicie. Przekazują „pałeczkę” (tzn. Laszlo) perfekcyjnym podawaniem dialogowych (ciągle korespondencyjnych) ripost.
Niezaprzeczalny prym w tej damskiej aktorskiej stawce wiedzie Joanna Żółkowska (Helen), której – twierdzę nie od dziś – lepiej udają się role z umocowaniem komediowym (a taką nie jest np. postać z niedawnego „Mini atlasu kobiet” w Powszechnym). Mniej coraz spotyka się aktorek, które dowcip wciśnięty w zdanie proste potrafią „obrobić” i podać równie apetycznie. A z monosylaby obtoczyć intonacyjną perełkę. Finalny monolog wspartej na łokciu Helen-Żółkowskiej, patrzącej rankiem na Laszlo – swą odzyskaną „zdobycz” – to druzgocąca kpina z mężczyzny, który oto – w okamgnieniu – przestał być motorniczym tramwaju zwanego pożądaniem. Helen-Żółkowska błyskawicznym zabiegiem osiąga efekt, że praktycznie obojętny dla widza Laszlo, staje się Laszlem be! Wręcz Laszlem fuj! Helen poczuła, że nie ma już o kogo być zazdrosna. A przecież zazdrość była ostatnimi czasy całym motorem, całą siła jej życia! Przecież Helen Laszlo kochała, jak więc to możliwe? „Zazdrość – to cień miłości. Im większa miłość, tym większy cień” (Magdalena Samozwaniec). Co się stało z cieniem? Helen, łaknąc zazdrości (jak tlenu!) błaga... o pomoc... Yanę!..
Katarzyna Taracińska-Badura gra bezwzględną, chłodną i wyrachowaną zdobywczynię, wykorzystując lodowaty, acz ponętny seksapil. „Architektoniczną” konsekwencję w zawłaszczaniu Laszla argumentuje zgrabnie – już to z warstewką cynizmu, już to z jadowitą, ale polukrowaną słodyczą głosu. Dzięki takiej nieodpartej, zasugerowanej przez aktorkę argumentacji postaci, część męskiej widowni prawdopodobnie gotowa jest Laszla rozgrzeszyć... I nie mam pewności, czy patrząc na panią Katarzynę, panowie zgodziliby się z Marcelem Proustem, co to apelował: „Piękne kobiety pozostawmy mężczyznom bez wyobraźni”...
Damski tercet – jako buddystka Iris – dopełnia Anna Kózka. I jest to dopełnienie akuratne. Pani Ania z gracją zastyga w lotosie, rozbraja niewinną minką dziewczątka nie dostrzegającego problemów, gdzie ich dostrzegać nie ma co, daje publiczności darmowe korepetycje z przekazywania – na różne sposoby, zależnie od kontekstu – „znaku pokoju”. Przy okazji mamy okazję przekonać się, że wegetarianizm wcale nie musi prowadzić do anoreksji...
Trójkobiecość z Laszlem w tle wypada całkiem strawnie, a z menu męsko-damskich oczywistości oczywistych publiczność dobywa kąski pozwalające na uśmiech i śmiech. Trójkobiecość z opowiastki Esther Vilar bawi i uczy. Wykłada o „Zazdrości”...
Dlaczego Helen „nie odpuściła” w odzyskaniu Laszlo? „Najdłużej kochamy tych właśnie, co nas porzucają. Może dlatego, że czujemy do nich coś w rodzaju wdzięczności” (Michał Choromański). Dlaczego Laszlo (biedaczek) powrócił do Helen? „Niezależnie od tego ile lat liczy, kobieta nigdy nie jest martwą naturą” (Edgar Degas). A na poważnie? – „Kobiety bez towarzystwa mężczyzn więdną, a mężczyźni bez kobiet głupieją” (Anton Czechow).
Nieustających rozkwitów i mądrości Państwu życzę

Krzysztof Rozner

Multimedia